Kwarantanny dzień 41, czyli jak wygląda moja francuska codzienność w czasach pandemii

by - 15:42


Opierałam się nieco przed napisaniem na ten temat kilku słów. I to z bardzo prostego powodu - w przeciwieństwie do wielu z was moje życie niewiele się zmieniło. Nadal wstaję wcześnie rano i półprzytomna wypijam pierwszą kawę, wciąż pracuję w tym samym miejscu z tymi samymi ludźmi, wciąż z nimi piję we wtorki, wciąż staram utrzymywać się ten sam, dzienny rytm, który tak starannie sobie już wypracowałam. No właśnie, staram się…





Poranna kawa nadal jest pita w pośpiechu


Budzik wyrywa mnie z krótkiego snu. Znowu spałam mniej niż pięć godzin. “Trudno” - myślę sobie - “dośpię po pracy”. Ekran telefonu świeci prosto w twarz oznajmiając mi, że jest już 1:40. Czas nastawić wodę na kawę, przygotować mój french press i termos. W międzyczasie poranna toaleta i spojrzenie w lustro. Od zawsze mam zmęczony wyraz twarzy, ale cienie pod oczami mówią wprost - śpij więcej! Gdyby doba miała więcej godzin… 

Wcześniej droga do pracy zajmowała mi jakieś 25 minut, wszystko to komfortowo siedząc w tramwaju, który odjeżdża niemal spod mojego mieszkania i wysadza mnie tuż pod drzwiami budynku, w którym spędzę najbliższe kilka godzin. Deszcz czy wiatr nie były mi straszne, panującą na zewnątrz pogodę miałam głęboko w dupie. 

Teraz droga do pracy zajmuje mi jakieś 20 minut. Piętnaście, jeśli wiem, że jestem niemal spóźniona. Wtedy uruchamia mi się jakiś turbo tryb i jadę na tym moim śmiesznym rowerku jakbym miała motorek w tyłku. Sącząc tę moją poranną kawę na zmianę przeglądam 9gag i stronę z prognozami pogody, żeby wiedzieć czy brać mój K-way, czy też nie. Jadę oświetlając ciemne ulice blaskiem małej lampki, która naprawdę niewiele daje. No tak, wcześniej nie musiałam wyciągać tego pojazdu, więc i oświetlenia dobrego nie mam. A teraz wszelakie sklepy, które nie mają niezbędnego asortymentu są zamknięte. Przemykam więc przez ciemności dwóch miast, które to wyłączają publiczne oświetlenie około godziny 1:00… Ostatnio o mały włos nie miałam zderzenia z czarnym kotem, który nie chciał zejść mi z drogi. Gdzie twoje odblaski, ty mała cholero..! 

Mój rower jest stary. Jakieś dwa tygodnie temu dostałam do niego nowe opony i dętki, które z radością zmieniłam. Nadal wydaje z siebie dziwne dźwięki, przy najmniejszym wstrząsie spada mi łańcuch, ale zakładam go z powrotem i kontynuuję drogę! 


Okulary nie parują już od gorącej kawy…


… tylko przez maskę, jaką noszę na twarzy. Dostałam ją od znajomej, która szyje najróżniejsze rzeczy. W czasie pandemii zajęła się szyciem maseczek. Moja jest piękna, ten motyli wzór jakoś podtrzymuje mnie na duchu. Jednak z każdym oddechem moje okulary parują i sprawiają, że nie widzę gdzie jadę. A nie powiem, ta wiedza czasami może się przydać. 

Przyznam się szczerze, że nie noszę tej maski ciągle, bez ustanku. We Francji póki co nie ma takiego obowiązku, choć ludzie i tak to robią. Ja swoją noszę jedynie w drodze do pracy i z powrotem, i w momentach, w których mam kontakt z klientelą, co od początku confinement zdarzyło się może raz. 





Mój cykl dnia nieco się przestawił, lekko się zmienił. Ale nadal w gruncie rzeczy wygląda tak samo. Kawa, praca, przerwa. Powrót do domu i prysznic. Ten długi, gorący prysznic, który zmywa ze mnie wszystko co mogłam przywlec do domu. Codzienne mycie włosów w ogóle im nie służy, ale jak mus to mus, prawda? Dopiero po takim rytuale mogę na palcach wejść do salonu i pocałować chłopaka w czółko. No tak, pracuje zdalnie i zazwyczaj kiedy wracam do domu po pracy on dopiero zaczyna swoją. Przemykam się do kuchni, gdzie karmię Morisa, a następnie robię sobie herbaty i uciekam na powerdrzemkę. Godzina, nie więcej! Potem jestem rozdrażniona. 


Herbata jest zimna kiedy wstaję, a chłopak robi się głodny


Czas na szybki obiad. Na początku starałam się robić nam naprawdę fancy rzeczy. Teraz zaczynam mieć to w dupie. Pizza po raz trzeci w tym tygodniu? A kto bogatemu zabroni? Makaron, ryż i frytki reprezentują w tej chwili największy procent składu naszej krwi. Zaraz obok jest piwo… 

Żeby w żołądkach jeszcze bardziej nam się przewracało zaczęliśmy oglądać Band of Brothers, przegenialny, ale i brutalny serial opowiadający historię słynnej amerykańskiej Easy Company (polecam serdecznie tak btw). Zawsze to jakaś odskocznia od smutnych newsów, jakie teraz napływają ze wszystkich stron. Po takiej godzinnej przerwie Łukasz wraca do pracy, a ja… no cóż, staram się jakoś wykorzystać te kilka godzin jakie mi pozostały przed udaniem się do łóżka. 

Przekopałam już swój ogródek, przycięłam żywopłoty. Bawiłam się w tworzenie biżuterii z żywicy, zrobiłam przegląd szafy i generalne, wiosenne porządki. Naprawiłam już kilka rzeczy, które miałam w planach zutylizować, odkopałam kilka kont na social mediach, na których też zrobiłam porządki. Wzięłam abonament na Disney+, bo przecież Netflixa przeszłam już całego i to dwa razy. Gram w Simsy (przypomnijcie mi, żebym posłała flaszkę wina do nieba za te wszystkie mody!), ale czuję, że niebawem mi się to znudzi. 




W weekendy korzystamy z możliwości pójścia na godzinny spacer w obrębie kilometra od domostwa. Oboje odpierdzielamy się jak diabły na ślizgawkę, bierzemy aparaty i piwko w naszych plastikowych, festiwalowych kubeczkach. I zwiedzamy nasze okolice. Czy robiliśmy to wcześniej? Tak, ale nie aż tak regularnie. Zazwyczaj to ja ciągnęłam Łukasza na miasto: “chodź, ja sobie porobię zdjęcia, a potem pójdziemy na piwko…”. I chodziliśmy, nie tak często, ale zawsze było to jakieś wyjście. Czy to po prostu spacer czy to spotkanie ze znajomymi w barze, czy to cokolwiek innego.

Zasypiam po oklaskach dla pracowników opieki medycznej. Sama nie biję brawa, jestem wtedy już w łóżku i błagam o szybkie dostanie się w objęcia Morfeusza. W mojej dzielnicy to już ciężko nazwać oklaskami - w ruch idą wszelakie instrumenty, sztućce w garnkach czy kije uderzane w balustrady. Rozumiem gest i uważam, że to naprawdę miłe. Ale chciałabym już iść spać. Patrząc po raz ostatni na telefon i ustawiając swój budzik na 1:40 myślę sobie, że znowu się nie wyśpię...

Od ponad pół roku co wtorek spotykaliśmy się ze znajomymi z pracy na apéro, ten francuski zwyczaj wypicia sobie małego głębszego przed posiłkiem. Kilka godzin po skończeniu pracy jeździliśmy wszyscy do naszego znajomego, gdzie przy piwie i suchej kiełbasie odreagowywaliśmy dzień i po prostu świetnie się bawiliśmy. Jak wygląda to teraz? Bez obaw, już ja zadałam, żeby ta nasza tradycja nie ucierpiała w czasie kwarantanny. Pijemy na wideokonferencjach! Wtorki są naprawdę magiczne.


Nie zmieniło się wiele, ale to tylko dlatego, że potrafiliśmy się dostosować


I póki co trzeba tak kontynuować, żeby jeszcze kiedyś móc żyć “normalnie”, jak wcześniej. Pewnie, że miewam chwile, w których mam ochotę wszystko odpuścić, pieprznąć tym wszystkim i iść na spacer, tam gdzie ja chcę, kiedy chcę i na jak długo. Chcę iść pooglądać szmaty w sieciówkach, których i tak nie kupię, iść na piwo ze znajomymi, usiąść na tarasie knajpy, zaciągnąć się fajką i wziąć kolejnego łyka mojego ulubionego IPA. 

Ale szybko sobie przypominam, że to dla naszego wspólnego dobra. Więc dla naszego dobra zjem teraz kolejną w tym tygodniu pizzę, popiję zieloną herbatą i pośmieję się do filmików, jakie można znaleźć w sieci. Bo mogę zrobić tylko i aż tyle. 






Siedźcie w domu,

Karolina






You May Also Like

6 komentarze

  1. Waaaw, pięknie piszesz jak na 10 lat za granicą.
    Chialam sie spytać jaką pracę masz, ale może znajdę na blogu bo pierwszy raz tu jestem
    Pokazesz zdjęcie maseczki?

    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci serdecznie za miły komplement! Staram się jak mogę, żeby utrzymać moją polszczyznę w dobrej kondycji!

      Co do maseczki - zapewne ją tutaj pokażę niebawem, zaglądaj częściej :)

      Ślę uściski do Belgii!

      Usuń
  2. To jest właśnie świetne, mieć możliwość zachowania czegoś ze starego życia sprzed koronawirusa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby wychodzenie z kwarantanny nie było zbyt bolesne, prawda? Zawsze to jakiś pozytyw!

      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jajku, jak fajnie piszesz i jeszcze trafiłam na Twój blog właśnie w momencie, gdy szukałam blogerek mieszkających za granicą ♥

    U mnie w miarę normalnie, do pracy także chodzę, choć mnóstwo ograniczeń i restrykcji, ale te maseczki i parowanie okularów, to koszmar! Wgl te dwa elementy ze sobą nie współgrają ;c

    Lecę dalej zwiedzać bloga^^

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzieś czytałam, że jest sposób na parujące okulary! Trzeba je umyć wodą z mydłem, a następnie delikatnie osuszyć. Podobno działa!

      Miłego zwiedzania więc, cieszę się, że tu wpadłaś <3 Buźka!

      Usuń

Dziękujmy za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosimy ładnie abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę czy też linki bądź obrażające nas/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiamy!