Wyjechałam, bo musiałam

09:09



Wybiła ta magiczna godzina. Z dniem pierwszego września 2019 roku mój bagaż życiowych doświadczeń powiększył się o okrąglutki, dziesięcioletni staż we Francji. Ale szczerze powiedziawszy rok w jedną czy drugą stronę nie robi różnicy, po prostu my ludzie uwielbiamy okrągłe liczby. Więc jak to jest, kiedy musiało się wyjechać z ojczyzny i odnaleźć siebie gdzieś tam, w Europie?



Skąd się wzięłam w Bordeaux? 


I choć odpowiedź na to pytanie jest banalna, ludzie zawsze chcą usłyszeć więcej. Zwłaszcza Francuzi, kiedy odkrywają ze zdziwieniem, że nie jestem “jedną z nich”. Słowa te umieszczam w cudzysłowie, gdyż bardziej czuję się Francuzką aniżeli Polką, ale to raczej historia na zupełnie osobny tekst. 

Dlaczego Bordeaux? Prosta sprawa - wszystko za sprawką mojego ojca, który w młodym wieku wyjechał do Francji. Mieszkał w kilku miastach, ale to właśnie Bordeaux najbardziej przypadło mu do gustu. Nie dziwię się wcale, w końcu i ja wpadłam jak ta przysłowiowa śliwka w kompot. Ponownie wyjechał do Francji gdy ja miałam bodaj jedenaście lat, po dwóch latach rodzice moi podjęli błyskawiczną decyzję - wyjeżdżamy. 

Nie będę ukrywać, że perspektywa wyjazdu cieszyła mnie niezmiernie. Rodzina w końcu miała być w komplecie! Słyszałam wiele opowieści o dzieciach i młodzieży, których rodzice decydowali się na emigrację, i które to dzieci i młodzież nie były zachwycone na myśl utraty przyjaciół i kolegów, pewnej renomy w szkole czy na osiedlu, a także braku rodziny. Zdecydowanie jednak nie zaliczałam się do tej grupy. Wyjechałam, bo musiałam. Ale byłam z tego powodu zachwycona. Do tej pory na samo wspomnienie tego podekscytowania i radości z wyjazdu do dalekiej Francji serce bije mi szybciej. Rodzina miała łzy w oczach kiedy wsiedliśmy wszyscy do zapakowanego po brzegi samochodu. Ja miałam uśmiech na ustach.





Pamiętam doskonale pewną sytuację, która miała miejsce dosłownie kilka dni po dotarciu do Bordeaux, celu naszej podróży. Zostaliśmy zaproszeni przez znajomych mojego ojca - Polaków - na powitalną kolację. Moja mama rozmawiała z gospodynią domu, wokół której kręciła się jej najmłodsza córka, która wtedy miała już naście lat. Usłyszałam fragment tej rozmowy i przez długi czas zastanawiałam się czy te ich wyrokowanie faktycznie się na mnie sprawdzi. Pani domu mówiła mojej mamie, że teraz wszystko jest nowe i piękne, ale ta ekscytacja minie. Po paru miesiącach nie będę chciała chodzić do szkoły i będę żądać powrotu do Polski, do rodziny, do znajomych, do polskich stron, które dobrze znam. Że bańka pryśnie i miną długie miesiące, jeśli nie lata zanim się otrząsnę i będę żyć normalnie. Bo przez taki właśnie kryzys przeszła jej córka.

Może was zaskoczę, ale w moim przypadku nic takiego nie miało miejsca. Może to przez fakt, że tamta rodzina musiała wyjechać, może przez fakt, że tamta nastolatka nie chciała/nie mogła się zaasymilować - nie wiem, nie wnikam w to. Faktem jest jednak, że nie dopadł mnie żaden kryzys emigracyjny, język przyswoiłam błyskawicznie i prawdziwą radością była dla mnie nauka i życie tutaj. 

Pamiętam też inną, mniej wesołą sytuację. Miało to miejsce tuż przed naszym wyjazdem. Nie muszę mówić, że nie wszyscy członkowie mojej rodziny pozytywnie zareagowali na tę decyzję, prawda? 
Do mojej babci przybyli goście, więc żeby im nie przeszkadzać w rozmowie siedziałam w swoim pokoju, aż do momentu kiedy… no musiałam, pęcherz wzywał. Przechodząc cicho przez salon usłyszałam, że rozmowa kręci się wokół naszego wyjazdu. I usłyszałam zdanie, które do tej pory dźwięczy mi w uszach: “Zobaczysz, po miesiącu wrócą tutaj z podkulonym ogonem”. Mam dosyć wybuchowy temperament i uwierzcie mi, że do tej pory zastanawiam się jakim cudem powstrzymałam się od komentarza. No ale w końcu to tylko słowa, osoba tamta już ich nie cofnie, a i ja nie mam już jak spojrzeć jej z satysfakcją w oczy i powiedzieć: "myliłaś się".



Ciężkie początki

Początek emigracji nie był usłany różami. Nie liczyłam wcale na to, nikt z mojej rodziny nie liczył na taryfy ulgowe, na pomoc od kogoś. 
Wychowano mnie w myśl “ciężką pracą ludzie się bogacą”, więc robiłam co tylko mogłam, żeby było coraz lepiej. Francuski przyszedł błyskawicznie, nauka sprawiała przyjemność, a i do tej pory rozmawiam z moimi znajomymi, których zyskałam w pierwszym roku mojej francuskiej przygody. 

Mały domek w centrum miasta zamienił się w duży apartament na obrzeżach. Gimnazjum zamieniło się w jedno z najlepszych liceów w Bordeaux. Długie, sięgające łokci włosy odeszły robiąc miejsce nowej, krótkowłosej Karolinie. Zmiany były cudowne. 

Ale życie nie lubi jednostajności, prawda? Mój pierwszy rok liceum wspominam fatalnie. Stopniowo, progresywnie otwierałam się na ludzi, ośmielałam się mówić już prawie bezbłędnym francuskim. Co z tego, kiedy były i takie osoby, które jawnie ze mnie drwiły. Ze mnie i z mojego wschodniego akcentu, który to stał się moją piętą achillesową. Za cel obrałam sobie pozbycie się go i powiem wam - całkiem dobrze mi poszło. Obecnie idealnie wtopiłam się w tłum, wsiągnęłam do reszty we francuskość. Najlepsze liceum w mieście zmieniłam na technikum na obrzeżach miasta. Biol-chem porzuciłam na rzecz samej chemii. 




Dwa lata technikum i dwa lata BTS wspominam jako najlepszy czas mojego życia. Poznałam wtedy najwspanialszych ludzi na świecie - czy to w kwestii przyjaźni, czy miłości. Pierwsze faktyczne wagarowanie, palenie skrętów na boisku za szkołą, niesłychane historie z nauczycielami matematyki, stresy przedegzaminowe, imprezy po maturze, wspólne campingi… Do tej pory mam kontakt z tymi niesamowitymi ludźmi. 

Pewnie, że nie zawsze było wesoło. Ale jeśli życie nauczyło mnie jednej rzeczy to zdecydowanie jest to skupianie się na pozytywach, a z porażek czerpać jedynie lekcje na przyszłość. Niegdysiejsi znajomi czy rodzina, którym się tutaj pomogło wypięli się na mnie? Nauczka jest prosta - nie angażować się tak na następny raz. Jak już mają pluć jadem to na następny raz chociaż dać im prawdziwy powód do takiego zachowania. Popełniłam kiedyś jakieś okropne głupoty? Pilnować się teraz, by ich nie powtórzyć. Życie tutaj nauczyło mnie szybkiej adaptacji do danych sytuacji.


I co teraz? 

Żyję sobie szczęśliwie, od pięciu lat u boku jednego chłopa, z walniętym kotem pod naszym dachem. Tak, Morisona nie można zaliczyć do mądrych kotów. Ale jest cholernie kochana! Imię to dostała gdyż adoptowaliśmy ją w dniu rocznicy śmierci Jima Morrisona, wokalisty The Doors. Moris reaguje również na zaczepkę “Morison” i “Piździok”. Jest niezwykle socjalna i… potrafi podać łapki! 

A ja… szukam siebie w tej chwili, szukam swojego powołania, tego co chciałabym robić. Czy to na studiach, czy to w pracy, w życiu. Cieszę się każdą chwilą tutaj, smakując nowego sera, pijąc kolejną lampkę wina, jeżdżąc niemal co weekend w różne strony… ale wszystkie drogi prowadzą do Bordeaux, gdzie mój dom, serce i wszystko co byście sobie wymyślili. 



Pewnie, że czasami tęsknię do Polski. Do rodziny, do smaku pierogów z jagodami u babci albo do polskiego, dobrego piwa. Ale częściej jednak tęsknię do Bordeaux, do mojego prawdziwego domu. Każdy z nas powinien znaleźć sobie takie miejsce, o które będzie dbał, kochał, tęsknił i będzie pragnąć poznać każdy jego sekret, każdą ślepą uliczkę i słupek. 

Napisałam już tekst dla portalu Polki na Obczyźnie, ale powtórzę to tutaj - nie, nie wrócę. Nie chcę, nie potrzebuję, nie tęsknię na tyle, nie czuję powiązania z ojczyzną. Dobrze mi tu, z moją nową rodziną, którą sama tworzę. I jest mi tak dobrze już od dziesięciu, niesamowitych lat. 





Życzę wam przemiłego dnia, wypijcie moje zdrowie dzisiaj wieczorem! 









Karolina

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Cześć. Super tekst. Masz sporo racji w postrzeganiu organizacji życia po wyjeździe na emigrację. Życzę Ci takiej samej dawki optymizmu na kolejne 10lat. Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń

Dziękujmy za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosimy ładnie abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę czy też linki bądź obrażające nas/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiamy!

Polub nas na Facebooku!